Bum, cyk, cyk...
Umarło coś...
Bum cyk, cyk...
Stoję, coś umiera koło mnie, a właściwie pod moimi stopami...
Ratować, nie ratować...
Może najpierw się przyglądne...
Małe, niewyksztacone, co to może być...
W sumie powinnam ratować, przecież to bezbronne, ale nie
mam ochotę kopnąć, dobić, skrócić tą agonie...
Wzbiera we mnie nie nienawiść do tego i do siebie...
Ruszam butem, dotykam i okazuje się, że o już nie żyje... Nie ma co ratować.
I co teraz?
Wiem... Zakopie jak zwykle i udam, że nic nie było.
Jestem przecież silna. Życie mnie nauczyło: Nie becz! No chyba, że chcesz manipulować!...
Jeszcze tylko zakopać, zakopać i ulży mi całkowicie...
To małe, to bezbronne to miłość, brzmi banalnie. Znów.
Kolejny raz powraca do mnie pytanie czy to w ogole istnieje? czy to może tylko przywiązanie i duża sympatia? A jeśli jest, jeśli istnieje to czy ja jestem jakimś inwalidą emocjonalnym? Chyba tak, przecież już to kiedyś ustaliłam... Dziękuję Kochani rodzice...
Zabiliśmy to w sobie, a raczej Ty to we mnie zabiłeś, a ja stałam i przyglądałam się z pewną dozą ciekawości... No, no ciekawe co z tego wyjdzie...
Kolejny raz to samo, kolejny raz powtarza się schemat...
Kobieta modliszka to ja...
Uzależniam jak narkotyk, a potem odrzucam...
Co tym razem? Nuda i kłótnie.
Tak. Wolę zostać w domu niż Cię widzieć. Tak nie kocham Cię, tylko dlaczego tak trudno mi powiedzieć Ci to w twarz? Nie wiem...
Piszę, to mnie wyzwala. Swoją drogą ciekawe, że ludziom lepiej jest pisać niż rozmawiać...
Z pozdrowieniem Egoistka